Odsłuch tekstu
Gotowy
x justify-content-end“>
Dlaczego nie mówimy o tym, co naprawdę buduje narody
Kiedy ks. prof. Tadeusz Guz zakończył swoje wystąpienie na Kongresie Inicjatyw Narodowych, Samorządowych i Gospodarczych KINGS 2026, w sali rozległy się brawa. Grzmiały niczym potwierdzenie, że coś ważnego właśnie się wydarzyło. Ale ile osób naprawdę pojęło głębię tego, co usłyszało? Ilu z tych oklaskujących zrozumiało, że ks. profesor Guz mówił w języku, którego polska debata publiczna już prawie nie pamięta? W języku, który istniał, zanim postmodernistyczna nijakość zawłaszczyła nasze myślenie o państwie, narodzie i cywilizacji.
A potem nastąpiło coś jeszcze dziwniejszego: milczenie komentatorów. Ci sami ludzie, którzy skrupulatnie analizują każdy szczegół politycznej szachownicy, którzy potrafią godzinami debatować o zawiłościach prawa unijnego czy strategiach wyborczych – nagle umilkli. Jakby ks. profesor Guz mówił w języku, którego już nie rozumiemy. Albo – co bardziej prawdopodobne – w języku, którego boimy się zrozumieć.
Cywilizacyjna amnezja
Żyjemy w czasach spektakularnej amnezji. Zapomnieliśmy – a raczej pozwolono nam zapomnieć – o fundamentach, na których zbudowano wielką Polskę. Nie mówię tu o fundamentach w sensie poetyckim czy sentymentalnym. Mówię o fundamentach w sensie najpełniejszym, najbardziej dosłownym: o metafizycznej strukturze rzeczywistości, która czyni naród wielkim lub skazuje go na przeciętność.
Ks. prof. Guz postawił przed uczestnikami Kongresu tezę tak radykalną, że większość współczesnych analityków politycznych wolałaby ją po prostu zignorować: bez odzyskania metafizycznego fundamentu państwa – bez realnego przymierza z Bogiem jako najwyższym Prawodawcą i Sędzią – Polska nigdy nie dosięgnie tego optimum, do którego jest powołana. Nie chodzi tu o optymalizację procedur, nie o kolejną reformę administracyjną, nie o lepszy marketing narodowy. Chodzi o coś nieskończenie bardziej fundamentalnego: o naturę samego bytu państwowego.
I tu dotykamy sedna problemu. Współczesna prawica – ta sama, która lubi mówić o “polskich wartościach” i “tradycji” – najczęściej operuje w ramach tego samego materialistycznego paradygmatu, co lewica. Różnica polega tylko na tym, które wartości materialne chce chronić. Ale sam fundament myślenia pozostaje ten sam: państwo jako produkt społeczny, prawo jako rezultat konsensusu, władza jako narzędzie realizacji interesów grupowych.
Przymierze, nie kontrakt
Ks. prof. Guz przypomniał nam o czymś, co Jagiellonowie rozumieli lepiej niż my, ludzie XXI wieku uzbrojeni w niezliczone stopnie naukowe i tony analiz społeczno-politycznych. Przypomniał, że państwo nie jest kontraktem społecznym w sensie Rousseau czy Hobbesa. Państwo jest przymierzem – w tym samym sensie, w jakim małżeństwo jest przymierzem, nie umową cywilnoprawną.
Ta różnica nie jest semantyczna. Jest ontologiczna. Kontrakt można wypowiedzieć, gdy strony uznają, że nie służy już ich interesom. Przymierze trwa dlatego, że uczestniczy w porządku rzeczy większym niż suma korzyści stron. Małżeństwo nie istnieje dlatego, że “się opłaca” – istnieje, ponieważ jest kategorią boskiego pochodzenia, która porządkuje rzeczywistość według miary przekraczającej ludzkie rachunki.
Tak samo państwo. Nie jest ono wytworem umowy społecznej, którą można zmieniać według zachcianek kolejnych pokoleń. Jest instytucją zakorzenioną w prawie naturalnym, której celem jest doprowadzenie życia społecznego do takiego ładu, który jest godny wielkiego narodu – i który przygotowuje ten naród do udziału w rzeczywistości ostatecznej.
Kiedy słyszymy dzisiaj o “budowaniu wielkiej Polski”, zazwyczaj chodzi o PKB, o pozycję międzynarodową, o wpływy geopolityczne. To wszystko ważne. Ale to wszystko jest wtórne wobec pytania: w imię czego budujemy? Jeśli budujemy jedynie po to, by być bogatsi lub silniejsi, to budujemy na piasku. Historia zna dziesiątki imperiów, które były bogate i silne – i wszystkie legły w gruzach, ponieważ zabrakło im tego, co ks. prof. Guz nazywa “umetafizycznieniem kultury duchowej”.
Instrumentalizacja Boga i człowieka
Najostrzejszy fragment wystąpienia ks. prof. Guza dotyczył współczesnej władzy w Polsce. Jego diagnoza jest bezlitosna: rządzący nie mają ani rzetelnego poznania Absolutu, ani rzetelnego poznania człowieka jako osobowego podmiotu. Zamiast tego mamy “instrumentalizację Bogiem” – wykorzystywanie religijnych symboli dla celów politycznych – i “prawie totalny proces instrumentalizacji człowieka jako obywatela państwa”.
Ta diagnoza dotyczy nie tylko jednej opcji politycznej. Dotyczy całego spektrum – od lewicy, która otwarcie neguje metafizyczny wymiar rzeczywistości, po prawicę, która wprawdzie używa religijnego języka, ale traktuje go często jako narzędzie mobilizacji wyborczej, nie jako wyrażenie realnego porządku bytu.
Gdy Bóg staje się instrumentem polityki, przestaje być Bogiem. Staje się idolem – projekcją naszych pragnień i lęków. A gdy człowiek przestaje być osobą obdarzoną godnością pochodzącą od Stwórcy, staje się jedynie jednostką statystyczną, materiałem do politycznego modelowania, obiektem manipulacji.
Ks. prof. Guz mówi wprost: dla osób boskich i ludzkich w państwie praktycznie nie ma miejsca. I dlatego trzeba te rzeczywistości odzyskać. Nie jako ozdobę retoryczną. Nie jako “wartość dodaną” do programu politycznego. Ale jako absolutny fundament, bez którego żaden gmach państwowy nie może się ostać.
Cywilizacja łacińska: jedyna szansa
Kiedy mówimy o “cywilizacji łacińskiej”, nie mówimy o nostalgii za cesarskim Rzymem czy średniowiecznymi królestwami. Mówimy o porządku duchowym i prawnym, który wyrósł z syntezy klasycznej filozofii greckiej, rzymskiego prawa i objawienia chrześcijańskiego. To właśnie ta synteza stworzyła koncepcję osoby ludzkiej jako podmiotu obdarzonego niezbywalnymi prawami pochodzącymi od Boga, nie od państwa. To ta synteza zbudowała pojęcie prawa naturalnego – porządku moralnego wpisanego w strukturę rzeczywistości, niezależnego od ludzkich ustaw i decyzji.
Cywilizacja łacińska nie jest jedną z wielu równoprawnych opcji cywilizacyjnych. Jest – jeśli spojrzeć na rzecz uczciwie – jedyną cywilizacją, która konsekwentnie broniła godności osoby ludzkiej wobec totalitarnych pokus kolektywizmu, zarówno tego archaicznego (kult państwa-boga), jak i nowoczesnego (totalitaryzmy XX wieku).
Dziś cywilizacja łacińska jest atakowana z dwóch stron jednocześnie. Z jednej strony mamy nihilizm postmodernistyczny, który neguje samą możliwość obiektywnej prawdy i obiektywnego dobra. Z drugiej – rosnącą w siłę ideologię techno-utopijną, która traktuje człowieka jako materiał do przeprogramowania według aktualnych wizji “postępu”.
W tym kontekście wystąpienie ks. prof. Guza nabiera szczególnej wagi. Nie apeluje on o powrót do jakiejś wyidealizowanej przeszłości. Apeluje o odzyskanie zdolności myślenia według kategorii bytu, prawdy i dobra. O odzyskanie rozumienia, że państwo nie jest maszyną do zarządzania społeczeństwem, lecz wspólnotą osób zmierzających do wspólnego celu przekraczającego doczesność.
Konstytucja 3 Maja jako wzorzec
Nie przypadkiem ks. prof. Guz przywołuje Konstytucję 3 Maja. Ten dokument – rozpoczynający się od znaku krzyża: “W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego” – nie jest reliktem ciemnego średniowiecza. Jest świadectwem głębokiego zrozumienia natury państwa przez ludzi Oświecenia, którzy – w przeciwieństwie do zachodnich filozofów – nie zerwali z klasyczną metafizyką i chrześcijaństwem.
Konstytucja 3 Maja wyrażała przymierze. Przymierze narodu z Bogiem i przymierze obywateli między sobą. Nie była zbiorem technicznych przepisów o podziale władzy (choć i to zawierała). Była manifestem metafizycznym: deklaracją, że Polska uznaje Boga za najwyższe kryterium wszystkiego, co stanowi naturę państwa.
Dzisiejsze debaty konstytucyjne toczą się na zupełnie innym poziomie. Dyskutujemy o mechanizmach kontroli, o równowadze władz, o procedurach legislacyjnych. To wszystko ważne. Ale pomijamy pytanie fundamentalne: w imię czego to wszystko? Jaki jest cel państwa? Czy państwo ma w ogóle cel transcendentny, czy jest jedynie narzędziem do zarządzania konfliktem interesów?
Ks. prof. Guz przypomina, że Konstytucja 3 Maja daje nam odpowiedź: państwo istnieje po to, by doprowadzić nasze życie w porządku natury do takiego ładu, który przygotowuje naród do udziału w Państwie Bożym. To brzmi dziwnie dla uszu wychowanych na nowożytnym rozdział Church and State. Ale może właśnie to “dziwne brzmienie” jest oznaką naszego upadku, nie ich naiwności?
Dlaczego milczenie?
Wracam do pytania postawionego na początku: dlaczego komentatorzy – również ci z prawej strony sceny politycznej – zignorowali wystąpienie ks. prof. Guza? Widzę dwie możliwości, obie niepokojące.
Pierwsza: celowe przemilczenie. Ks. prof. Guz mówi rzeczy, które są radykalnie niepoprawne politycznie – nie tylko według lewicowych standardów, ale także według standardów establishmentu prawicowego. Jego wizja państwa nie mieści się w ramach współczesnej demokracji liberalnej. Wymaga uznania porządku obiektywnego, niezależnego od woli wyborców. Wymaga podporządkowania polityki prawu naturalnemu, nie odwrotnie. To jest dla wielu po prostu nie do przyjęcia.
Druga możliwość: brak zrozumienia. Ks. prof. Guz operuje kategoriami klasycznej metafizyki i tomistycznej filozofii państwa. To język, którego już prawie nikt nie używa. Nawet ludzie z prawicowych środowisk – wychowani na Hayeku, von Misesie, może Scrutonie – nie mają narzędzi intelektualnych, by w pełni pojąć to, o czym mówi ks. Guz. Nie dlatego, że są głupi. Dlatego, że całe nasze myślenie o państwie i społeczeństwie zostało ukształtowane przez nowożytność, która te kategorie odrzuciła.
Tak czy inaczej, milczenie jest symptomatyczne. Pokazuje, jak głęboko sięga nasza cywilizacyjna amnezja. Pokazuje, że nawet ci, którzy deklarują przywiązanie do tradycji i wartości chrześcijańskich, często nie rozumieją już intelektualnych fundamentów tej tradycji.
Dobro wspólne: zgubiona kategoria
Ks. prof. Guz przypomina, że Bonum Commune – dobro wspólne – to najwyższy cel i najwyższa zasada polityki, państwa, prawa, gospodarki i finansów narodowych. Ale natychmiast dodaje coś, co dla większości współczesnych polityków brzmi jak herezja: dobro wspólne nie jest sumą indywidualnych interesów. Nie jest kompromisem między grupami nacisku. Dobro wspólne to “dobro prawdziwego Boga i dobro obywateli Rzeczypospolitej jako osób”.
Innymi słowy: dobro wspólne ma charakter obiektywny. Istnieje niezależnie od tego, czy ludzie je uznają, czy nie. Można je poznać rozumem, ale nie można go zmienić głosowaniem. Polityka nie polega na tworzeniu dobra wspólnego, lecz na rozpoznawaniu go i realizowaniu.
Ta koncepcja jest radykalnie obca współczesnej demokracji. My myślimy, że polityka polega właśnie na tym: różne grupy negocjują swoje interesy, a efektem negocjacji jest coś, co nazywamy “dobrem wspólnym”. Według tej logiki dobro wspólne jest zmienne – zależy od układu sił, od wyniku wyborów, od koniunktury.
Ks. prof. Guz mówi: nie. Dobro wspólne jest niezmienne, ponieważ zakorzenione jest w niezmiennej naturze Boga i człowieka. Nasze zadanie nie polega na jego konstruowaniu, lecz na jego odkrywaniu i urzeczywistnianiu.
Dlaczego tak trudno nam realizować dobro wspólne po 1989 roku? Dlatego – mówi ks. Guz – że nie odzyskaliśmy podstaw bytowych tej zasady, którymi są osobowy Bóg i osobowy człowiek. Zamiast tego budujemy na fundamencie relatywizmu i utylitaryzmu. I dziwimy się, że wszystko się sypie.
Siła ducha jako siła państwa
Kiedy mówimy o sile państwa, zwykle myślimy o PKB, o liczbie czołgów, o pozycji w rankingach konkurencyjności. To wszystko ważne. Ale to wszystko jest skutkiem, nie przyczyną. Prawdziwa siła państwa tkwi gdzie indziej: w sile ducha narodu.
Ale czym jest “siła ducha”? To nie pusta metafora. Ks. prof. Guz mówi o czymś bardzo konkretnym: o zdolności narodu do życia według obiektywnego porządku moralnego, zakorzenionego w prawie naturalnym i Bożym objawieniu. To zdolność do podporządkowania życia indywidualnego i zbiorowego transcendentnemu celowi.
Narody, które to utraciły, upadają – nawet jeśli są bogate i militarnie silne. Bo bogactwo bez celu staje się przekleństwem. Siła bez sensu prowadzi do autodestrukcji. Historia XX wieku to historia potężnych państw, które runęły, ponieważ zabrakło im duchowego fundamentu.
Polska miała ten fundament. Miała go w czasach Piastów, którzy rozumieli, że państwo to kategoria boska. Miała go w czasach Jagiellonów, którzy zbudowali unię z Litwą na modelu sakramentalnego małżeństwa. Miała go w maju 1791 roku, kiedy naród zawarł przymierze z Bogiem zapisane w Konstytucji 3 Maja.
I pytanie brzmi: czy możemy to odzyskać? Czy możemy – w XXI wieku, w świecie zdominowanym przez sekularyzm i materializm – zbudować państwo oparte na metafizycznym fundamencie?
Ks. prof. Guz odpowiada: musimy. Bo bez tego skazujemy się na wieczną przeciętność. Możemy być średnio bogatym krajem w Unii Europejskiej. Możemy mieć przyzwoity standard życia. Ale nigdy nie będziemy tym, do czego jesteśmy powołani: wielkim narodem niosącym światu świadectwo prawdy o człowieku i Bogu.
Miłość jako fundament prawa
Jeden z najbardziej poruszających fragmentów wystąpienia dotyczył miłości. Nie miłości w sensie uczuciowym czy romantycznym, lecz miłości jako fundamentu ładu społecznego i prawnego.
Małżonkowie ślubują sobie miłość, wierność i uczciwość. To nie są puste formuły. To ontologiczne zobowiązanie: żyć dla dobra drugiej osoby, nawet kosztem własnego interesu. I profesor Guz mówi: tak samo powinno być w państwie. Zaprzysiężenie na urząd to nie ceremonia. To ślubowanie, że będę służył dobru wspólnemu z miłością, wiernością i uczciwością – względem Boga i względem obywateli.
Ale miłości – podkreśla ks. prof. Guz – nie da się określić ideologicznie. Nie można jej zdefiniować uchwałą parlamentu czy wyrokiem sądu. Miłość jest zakorzeniona w Absolucie jako odwiecznej miłości. Prawo, które nie wyrasta z tej miłości, nie jest prawem – jest tylko przemocą ubraną w prawne formy.
I znowu dotykamy sedna problemu współczesnej Polski. Nasze prawo – z nielicznymi wyjątkami – nie wyrasta z miłości. Wyrasta z gry interesów, z ideologicznych batalii, z politycznych kalkulacji. Dlatego jest tak nieprzewidywalne, tak sprzeczne, tak często niesprawiedliwe.
Ks. prof. Guz pyta: czy możemy zbudować państwo, w którym człowiek sprzymierzy się z miłością Boga i drugiego człowieka – nawet jeśli byłby nim nasz najgroźniejszy nieprzyjaciel? I natychmiast dodaje: bez wsparcia samego Boga nasza polska miłość, nawet ta najbardziej heroiczna, nie wystarczy.
To jest klucz. Nie chodzi o heroizm moralny oparty na ludzkiej woli. Chodzi o uczestnictwo w boskiej miłości, która przekracza nasze naturalne możliwości. Chodzi o przymierze, które otwiera nas na działanie łaski.
Praworządność w pełnym znaczeniu
Dziś palącym problemem jest w Polsce “praworządność”. Ale o jakiej praworządności mówimy? O zgodności ustaw z konstytucją? O niezawisłości sądów? O równości wobec prawa?
To wszystko ważne. Ale ks. prof. Guz przypomina, że praworządność w pełnym znaczeniu to coś więcej. To zgodność ludzkiego prawa z prawem naturalnym, a ostatecznie – z prawem Bożym. Prawo, które narusza prawo naturalne, nie zasługuje na posłuszeństwo. Nie jest prawem – jest bezprawiem ubranym w formę ustawy.
I tu pojawia się przykład, który zaskakuje: prawo do rozwodu w obecnej konstytucji. Ks. Tadeusz Guz mówi wprost: byt prawa naturalnego czegoś takiego nie dopuszcza. Małżeństwo jest nierozerwalne nie dlatego, że Kościół tak postanowił, lecz dlatego, że taka jest jego natura nadana przez Boga.
Dla większości współczesnych ludzi – łącznie z praktykującymi katolikami – to brzmi abstrakcyjnie, jeśli nie ekstremistycznie. Ale zastanówmy się: jeśli uznajemy, że człowiek może swoją wolą zmienić naturę małżeństwa (ustanawiając możliwość rozwodu), to dlaczego nie może zmienić natury rodziny (ustanawiając związki jednopłciowe)? Dlaczego nie może zmienić natury człowieka (ustanawiając “prawo” do aborcji czy eutanazji)?
Logika jest ta sama. Albo uznajemy istnienie obiektywnego porządku moralnego, który ogranicza ludzką wolę – albo nie. Jeśli nie, to wszystko staje się możliwe. I nie mamy już żadnej podstawy, by sprzeciwiać się jakiejkolwiek deformacji człowieczeństwa.
Królestwo Niebieskie a Państwo Boże na ziemi
Zakończenie wystąpienia ks. prof. Guza jest najradykalniejsze. Mówi on wprost: osiągnięcie Królestwa Niebieskiego uwarunkowane jest zbudowaniem przez nas Państwa Bożego na ziemi.
To zdanie wywróci do góry nogami całą współczesną teologię protestantyzmu i liberalnego katolicyzmu. Zostaliśmy wychowani w przekonaniu, że sprawy ziemskie i niebieskie są rozdzielone. Że polityka to jedno, religia to drugie. Że zbawienie dokonuje się w sercu człowieka, niezależnie od ustrojów i systemów politycznych.
Ks. prof. Guz mówi: nie. Zbawienie nie jest czysto duchowe. Człowiek jest jednością duszy i ciała, i całość jego bytu – łącznie z życiem społecznym i politycznym – jest powołana do przebóstwienia. Państwo nie jest neutralnym narzędziem, które można użyć do różnych celów. Państwo jest instytucją mającą cel transcendentny: przygotowanie ludzi do życia wiecznego.
Czy to oznacza teokrację? Nie w sensie rządów duchowieństwa. Ale oznacza państwo, które uznaje swoją zależność od Boga i swoje podporządkowanie prawu naturalnemu i Bożemu. Państwo, które nie rości sobie pretensji do absolutnej suwerenności, lecz rozumie się jako uczestnik w Bożym planie zbawienia.
Taka wizja państwa jest dziś niemal niepojmowalna. Ale czy to oznacza, że jest fałszywa? Czy raczej, że my straciliśmy zdolność widzenia rzeczywistości w jej pełnym wymiarze?
Karpiński i pamięć o Opatrzności
Ksiądz profesor Guz kończy recytacją hymnu Franciszka Karpińskiego napisanego na pamiątkę Konstytucji 3 Maja. Te słowa – “Boże! widzieliśmy sami, że Ty byłeś między nami!” – wyrażają coś, co całkowicie zniknęło ze współczesnej polskiej polityki: przekonanie o realnym działaniu Opatrzności w dziejach narodu.
Dziś, gdy polityk mówi o Opatrzności, traktujemy to jako retoryczną ozdobę. Nikt nie bierze tego dosłownie. Nikt naprawdę nie wierzy, że Bóg interweniuje w historię, że kieruje losami narodów, że nagradza wierność i karze niewierność.
A przecież cała historia Polski – od chrztu w 966 roku, przez husarię pod Wiedniem, Cud nad Wisłą, po „Solidarność“ – to świadectwo działania czegoś większego niż suma ludzkich decyzji i przypadków. Świadectwo, że Polska ma misję wykraczającą poza zwykły interes narodowy. Że została powołana do czegoś większego.
Ale misja wymaga wierności. I tu wracamy do diagnozy ks. prof. Guza: bez odzyskania metafizycznego fundamentu, bez realnego przymierza z Bogiem, Polska nigdy nie spełni swojego przeznaczenia.
Co dalej?
Wystąpienie ks. prof. Tadeusza Guza nie zawierało programu politycznego. Nie było tam postulatów ustaw, reform, strategii wyborczych. Było coś znacznie ważniejszego: diagnoza duchowego stanu narodu i wskazanie fundamentu, na którym trzeba budować.
Milczenie komentatorów pokazuje, jak bardzo jesteśmy zagubieni. Prawica polska – ta sama, która deklaruje przywiązanie do tradycji – nie potrafi już nawet rozpoznać swojego własnego intelektualnego dziedzictwa. Operuje kategoriami zaczerpniętymi z liberalizmu (prawa człowieka, demokracja, wolny rynek) i myśli, że można je po prostu ozdobić chrześcijańskimi symbolami.
Ale nie można. Nowożytny liberalizm wyrósł z odrzucenia klasycznej metafizyki i prawa naturalnego. Jego antropologia jest fundamentalnie inna niż chrześcijańska. Człowiek liberalizmu to autonomiczny podmiot, którego godność wynika z samego faktu bycia człowiekiem. Człowiek chrześcijaństwa to osoba stworzona na obraz Boga, której godność wynika z tego obrazu i która realizuje się tylko w relacji do Stwórcy.
Te dwie wizje są nie do pogodzenia. Można próbować je łączyć – i staramy się to robić od dwustu lat – ale ostatecznie trzeba wybrać. Albo autonomia, albo teonomia. Albo człowiek jako miara wszystkiego, albo Bóg.
Cywilizacja łacińska wybrała Boga. I dlatego stworzyła największe dzieła sztuki, literatury, filozofii, prawa w dziejach ludzkości. Nowożytność wybrała człowieka. I dlatego – mimo oszałamiającego postępu technologicznego – zniszczyła więcej niż zbudowała.
Polska stoi dziś przed wyborem. Możemy dalej dryfować w ramach zachodniego liberalizmu, stopniowo tracąc to, co nas czyni Polakami. Możemy próbować budować “suwerenność” i “silne państwo” na fundamencie tego samego nowożytnego paradygmatu, który doprowadził Zachód do kryzysu.
Albo możemy posłuchać głosu tych, którzy – jak ks. prof. Guz – wzywają do powrotu do źródeł. Do odzyskania metafizyki. Do zrozumienia, że państwo jest przymierzem, nie kontraktem. Że prawo wynika z natury rzeczy, nie z woli ustawodawcy. Że cel państwa jest transcendentny, nie immanentny.
To jest wąska droga. Wymaga rewolucji intelektualnej i duchowej. Wymaga odrzucenia większości tego, czego uczono nas na uniwersytetach i w mediach. Wymaga pokory wobec tradycji i odwagi wobec współczesności.
Ale może to jedyna droga. Może bez tego jesteśmy skazani na powolny zanik – jako naród, jako państwo, jako cywilizacja.
Ks. prof. Guz nie oferuje łatwych odpowiedzi. Oferuje prawdę. A prawda zawsze jest niewygodna. Dlatego wolimy milczeć. Dlatego wolimy dyskutować o rzeczach mniej fundamentalnych, bezpieczniejszych, łatwiejszych do ogarnięcia.
Ale rzeczywistość ma to do siebie, że nie znika, kiedy przestajemy o niej mówić. Pytania, które postawił ks, prof. Guz, pozostają. I prędzej czy później będziemy musieli na nie odpowiedzieć.
Pytanie brzmi: czy stać nas na szczerość? Czy stać nas na odwagę spojrzenia prawdzie w oczy? Czy znajdziemy w sobie siłę, by porzucić wygodne iluzje nowoczesności i wrócić do fundamentów, na których budowano wielką Polskę?
Od odpowiedzi na te pytania zależy nie tylko przyszłość Polski. Zależy przyszłość cywilizacji łacińskiej – jedynej cywilizacji, która konsekwentnie broniła godności człowieka jako osoby stworzonej na obraz i podobieństwo Boga.
Milczenie nie jest odpowiedzią. Jest kapitulacją.